Pogląd na ludzi

Większość ludzi patrzy na Wyspy Sołowieckie wyłącznie z perspektywy łagru, dość naiwnie sądząc, iż mieszkańcami Archipelagu są głównie byli funkcjonariusze obozów i ich rodziny oraz byli więźniowie lub ich potomkowie, którzy po likwidacji łagru nie mieli gdzie powrócić, toteż osiedlili się tu na stałe. Wilka takie spojrzenie na Sołowki irytuje – nie ma tu już bowiem ani byłych więźniów ani ich oprawców, gdyż wszystkich wywieziono po likwidacji łagru w 1939 roku. Owszem, żyje tu kobieta, która przyjechała szukać śladów ojca – więźnia obozu, jednak nic nie znalazłszy, postanowiła zostać i zamieszkała w połagiernym baraku. Kilka lat temu zmarł natomiast były funkcjonariusz obozu, z którym Wilk bezskutecznie próbował nawiązać kontakt – zaawansowana skleroza uniemożliwiła swoisty powrót do przeszłości.
Likwidacja łagru jest zatem datą graniczną, rozpoczyna ona nowy etap w historii Sołowek i ich współczesnych mieszkańców. Począwszy od 1939 roku, ludzie przybywali na Wyspy kilkoma falami: pierwsi mieszkańcy pojawili się tu razem
z wojskiem. Była to garstka cywilów, a wśród nich kobiety, które zajmowały się gotowaniem posiłków dla żołnierzy. Druga fala związana była z przeniesieniem na Wyspy fabryki agar – agaru. Trzecia fala nastąpiła w 1967 roku, kiedy to na Wielkiej Sołowieckiej otwarto muzeum, które zajmuje się głównie odbudową monastyru, archeologią i historią. Czwarta fala przyjezdnych związana była z pierestrojką – powstały wtedy ambitne plany wielkich inwestycji na Sołowkach: planowano zbudować piekarnię i oczyszczalnię ścieków na sto tysięcy ludzi (współcześnie cały Archipelag liczy około tysiąca mieszkańców). Masowo przywożono robotników, których firmy budowlane wykupywały od milicji. W Rosji bowiem obowiązuje przepis prawa, w myśl którego za picie alkoholu w pracy można ową pracę stracić lub nawet trafić do więzienia. Jednakże nie jest to jakieś wielkie przestępstwo, a takiego „osadzonego”
w areszcie firma budowlana może od milicji wykupić za odpowiednią kwotę. Wykupiony robotnik zamienia się w niewolnika, cierpiącego dodatkowo na problem alkoholowy, a – jak zauważa Wilk – kto już raz miał problem z piciem, ten na Wyspach mógł jedynie poszerzyć swoje umiejętności (WN s. 133).
Wraz z kryzysem pierestrojki skończyły się pieniądze na inwestycje – zaczęła się prywatyzacja, a raczej prichwatizacja, czyli rozkradanie majątku. Zniszczeniu
i rozgrabieniu uległy wszystkie ruchomości i nieruchomości, pozostali tylko ludzie – cuchnący alkoholem, wyłudzający pieniądze, bez pracy, których jedynym pożywieniem były i są ryby, licznie występujące w jeziorach.
Ostatnia fala przybyszów miała miejsce w 1991 roku, kiedy razem z monachami na Sołowki powróciło życie wspólnoty prawosławnej. Od tego momentu na Wyspy ściągają pielgrzymi i wierni różnego pokroju – jedni wskrzeszają tradycję godowników, pracując rok na chwałę Bożą, inni przybywają wiedzeni chęcią wstąpienia do klasztoru, ale niewielu z nich zostaje postrzyżonych w monachy, większość nie wytrzymuje srogiego reżimu i odchodzi. Osiedlają się potem w posiołku, czasem przypominają jurodiwych – Bożych szaleńców, często piją na umór, czasem popełniają samobójstwa.
Już nie jako fala, lecz pojedynczo przyjeżdżają różni ludzie pokroju Wilka – jedni trafiają na Wyspy za tak zwanym „drugim rublem”, inni w poszukiwaniu przygód, jeszcze inni, by się modlić, często również grzeszyć. Lecz zdarzają się i tacy, którzy uciekają od siebie lub od świata. Jeśli od świata – to dobrze, bo tutaj mogą się odnaleźć, na Sołowkach przecież można zobaczyć siebie. Natomiast jeśli chcą uciec od samego siebie, to gorzej, bo – jak zauważa Wilk – na Wyspach schodzą z uma (tracą rozum – dop. M.F), wieszają się albo piją na śmierć .