J.Parandowski „Niebo w płomieniach” Teofil Grodzicki cz4

Po obiedzie Fajtowie przynieśli za zgodą P. Grodzieckiej wypożyczony gramofon (cichy, żeby sąsiadom nie przeszkadzać). Dorośli przeszli do salonu na karty, młodzież i leniwy radca Piekarski zostali w jadalni, gdzie był gramofon. T wyszedł stamtąd, tłumacząc się, że nie umie tańczyć (nie do końca to prawda). Wolał skryć się w pokoju z dorosłymi. Wypił kieliszek wina ukradkiem i zrobiło mu się znośniej. Szelest kart przywołał wspomnienia, jak dawniej towarzyszył matce i Pańci i zasypiał wśród robótek [„Nie trzeba przeżyć połowy życia, aby znać urok swojego dzieciństwa”] T. miął chwile tęsknoty za sobą z dzieciństwa, kiedy był bardziej rozgarnięty i wyraźniejszy niż teraz. Nie słyszał jak kapitanowa mówiła do jego matki, że niejednej pannie taka twarz jak T. przyniosłaby szczęście. Tymczasem w jadalni bawiono się już inaczej – w telegraf i T. wciągnięto do zabawy, tak że nie miał jak uciec, a chciałby zwłaszcza, że przekazywano sobie nie wiadomości, a gesty, pocałunki, a on się przy tym rumienił. Uciekł w końcu znów do salonu, marząc o byciu despotą, który ma władzę zupełną, żeby to Zosia i Niunia się rumieniły, gdy kazałby im się rozebrać do naga, a mężczyzn kazałby pozakuwać w kajdany. Znów młody Fajt przyszedł po niego – T. Miał być adresatem poleconego listu. Przeszedł przez jadalnię, gdzie grano w fanty i T. ciarki przeszły, mimo że wiedział, że jego rzeczy tam nie ma. Fajt wepchnął T. do jego własnego ciemnego pokoju. Była tam Alina, a „listem” okazał się pocałunek. Gdy do pokoju zapukał Fajt z pytaniem, czy jest tam jaka poczta, T. Wymknął się drugimi drzwiami i schronił w pokoju ojca. Tymczasem zaczęto delikatną „pijatykę”. T. Straał się wyłapać głos Aliny. Opuścił swe ukrycie, gdy goście zaczęli wychodzić, mimo zatrzymywań p. Grodzieckiej. T. rozumiał matkę, tak jak ona bał się nagłej pustki w niedawno tak pełnym ludzi lokum. Bał się też pożegnania z Aliną – niepotrzebnie: uścisk dłoni był szybki, ale A. zdążyła spojrzeć Teofilowi prosto w oczka, co odarło go z ciała, ziemi, przestrzeni, czasu … :]
Dyrektor szkoły – Zubrzycki niepokoił się brakiem księdza do odprawienia rekolekcji i listem ks. Grozda – pierwszego katechety gimnazjum, zawiadamiający o chorobie. X.Grozd wprowadził do gimnazjum drugą (nie dyrektorską) władzę: milczącą, ale stanowczą. Co spowodowało, że dyr. stał się bardziej skryty i ostrożny. Teraz wobec rekolekcyjnych kłopotów wezwał drugiego katechetę – x. Skromnego (z charakteru i nazwiska) – pobłażliwy, orędownik uczniów, przemytnik pytań dla maturzystów, każdemu z religii pisał najwyższa notę (skrzywdziłby katolickie dziecko, posądzając je o niedoskonałość w religii). Na wieść, że poprowadzi rekolekcje, x.Skromny był w rozpaczy, tak bardzo podziwiał rekolekcjonistów. W czwartek – dzień rekolekcji – przyszedł w nowej sutannie (wyjątkowa okoliczność, normalnie chodził w starej). Kazać miał na sali gimnastycznej, gdzie młodzież zastał w totalnym rozprężeniu. Poczekał aż przyjdzie jeszcze kilku profesorów, a uczniowie się uspokoją. Ks. S. wyglądał śmiesznie – mały, gruby, śmieszny przed kilkoma szeregami chłopców. Zapowiadała się nuda. T. odsunął się od kolegów (ich szepty, śmiechy przeszkadzały mu) i stanął koło Kościuka – ten syn chłopa wiedział ile ojca kosztuje nauka, więc czuł się w obowiązku słuchać uważnie, zresztą podobało mu się, że nie musiał się teraz wysilać, żeby zrozumieć o co chodzi. T. słuchał księdza w zadumie – ks. mówił o ostatnim tyg. Zbawiciela niemal słowami ewangelistów, ale zadziwiał T. prostotą; T. przywykł bowiem do patetycznych nauk, pomieszanych z patriotyzmem i że ostatnie zdanie zawsze jest o zmartwychwstaniu Polski.