Zapis dzienny

Zapis dzienny jest więc zróżnicowany – notatki skrótowe, lakoniczne przeplatają się z dłuższymi, czasem nawet stronicowymi, chłopiec pisze bogate w szczegóły niemal wypracowania, dotyczące przeżyć, a najczęściej zdarzeń dnia. Dzięki takiej strategii zapisu mamy dokładny obraz zmiany sytuacji życiowej Dawida, stopniowego narastania grozy.
Dawid Sierakowiak prowadzi swój dziennik bardzo skrupulatnie, notując z dnia na dzień wszystkie ważne wydarzenia. Każdy zapis rozpoczyna podaniem daty oraz nazwy dnia tygodnia. Podobnie jak Rubinowicz, opowiada o zdarzeniach, które bezpośrednio go dotyczą, dzieją się tu i teraz. Zapis determinowany jest przez bieg wypadków, aktualną sytuację w getcie. Jednak różnica między dziennikiem jego a pamiętnikiem Rubinowicza jest uderzająca. Zdumiewające, jak mało intymne są te notatki! Sierakowiak informuje nas o ostatnich wydarzeniach na scenie politycznej, o położeniu materialnym ludności getta,
o akcjach wysiedleńczych, o stosunkach panujących w getcie, ale jego notatki przypominają bardziej gazetę codzienną niż dziennik osobisty. Owszem, są tam
i wykrzykniki, i przekleństwa, i załamywanie rąk lecz nawet, kiedy Dawid pisze
o wszechobecnym głodzie, o ludziach – swoich kolegach, którzy umierają na jego oczach, czyni to w sposób beznamiętny, prawie że oschły, używając tych samych słów, wyrażeń, które z czasem przestają robić wrażenie. Emocje i silne wzruszenia dają o sobie znać dopiero od 1 września 1942 roku, kiedy to Rumkowski – przełożony łódzkiej gminy żydowskiej, opróżnia getto z chorych, starców i dzieci, wysyłając ich na śmierć i żąda, by mu nie przeszkadzano. Rozpacz chłopca osiąga swoje apogeum 5 września 1942 roku, kiedy jego matka zostaje zakwalifikowana do wywiezienia. Dzień później zapis urywa się.
Być może Dawid uważa, że w dzienniku nie ma miejsca na porywy serca, przeżywanie dramatów i egzaltację. Możliwe, że wszystko to, czego nie ujął w notatkach – cały żal, ból i strach, przelał na karty swojej twórczości oryginalnej, o której wspomina
w dzienniku:
Oddałem dziś do gazetki mój pierwszy wiersz żydowski („Der umet”). Przejrzał go Wolman, literat, a obecnie nauczyciel żydowskiego w naszej szkole, i ocenił, że przejawia się w tym wierszu talent „pokryty jednak grafomaństwem”. (DS. 18 czerwca 1941, 60.)
W resorcie napisałem dziś pod wpływem mego fatalnego samopoczucia „Majaki konającego z głodu” – parę stroniczek zwierzeń i majaczeń. (DS. 14 czerwca 1942, 138.)
Owe „zwierzenia i majaczenia” nie przetrwały czasów wojny, jedynym świadectwem ich istnienia jest właśnie wzmianka na kartach dziennika. Nie możemy więc osądzić, czy Dawid odznaczał się „talentem grafomańskim”. Analizując styl i strukturę zapisu dziennego, dochodzę do wniosku, że grafomanem Sierakowiak bynajmniej nie był.
Język, którym posługuje się autor Dziennika znacznie różni się od tego, z jakim mieliśmy do czynienia u Rubinowicza. Brak tu dziecięcego zdziwienia nad okrucieństwem świata, Sierakowiak podchodzi do wszystkiego ze spokojem, zdaje się, że nic nie jest
w stanie go zaskoczyć. Nawet w chwilach największego wzruszenia referuje zdarzenia
w sposób prosty, zrozumiały, bez zbędnej egzaltacji, posługuje się poprawną polszczyzną – z prawidłową ortografią i interpunkcją. Struktura zapisu pozostaje niezmienna na przestrzeni całego Dziennika, zapis nie ewoluuje tak, jak miało to miejsce w Pamiętniku chłopca z Krajna. Przeważają tu długie, czasem kilkustronicowe relacje, składające się głównie z wypowiedzeń dwu-, trzyzdaniowych, znaczna jest także liczba zdań pojedynczych.
Oto przykładowe zapisy:
Czwartek, 8 maja
Niezwykle ciekawa wiadomość, Mołotow ustąpił ze stanowiska premiera i komisarza spraw zagranicznych, a oba te stanowiska zajął Stalin! Mołotow został wicepremierem. Ciekawe, czy zaznaczy się to jakąś zmianą polityki. W każdym razie Niemcy szykują się teraz albo na Hiszpanię, albo na Rosję. Lecz zdaje mi się, że jak powiedział Churchill „pierwsza zawieja na stepach rosyjskich będzie początkiem końca Hitlera”. (DS. 36)
Sobota, 19 lipca
Dziś wypadł dzień wydawania chleba, a ponieważ jest sobota, więc wydają dopiero po południu, a myśmy dostali o 6 wieczorem. Cały dzień, oprócz trochę wody (zupy) z kuchni, nic nie jadłem, a brak zup szkolnych dokuczał mi tak uporczywie, że myślałem, że padnę. Coraz trudniej mi jest głodować. Dawniej mogłem cały dzień nie jeść i jakoś się trzymałem, a teraz to jestem zupełnie kapeć. A Niemcy znów idą dalej. Zajęli już Smoleńsk. Na jutro widocznie chowają też coś do napisania, że wzięli. Przecież niedziela, a w niedzielę zawsze zwycięstwa. Tfu! Staje się znów zabobonny. Ale oni
u licha, rzeczywiście idą!… (DS. 19 lipca 1941, 79)